Moskwa - 60 godzin w drodze i dwie butelki wódki

Tablica na stadionie FK Moskwa - fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
"Co widziałeś w Moskwie?" - zapytał mnie celnik na granicy między Obwodem Kaliningradzkim a Polską. Dopiero wówczas zdałem sobie sprawę, że ostatnie kilkadziesiąt godzin przeżyłem w szaleńczym tempie i niemal bez snu. Jedyne co zobaczyłem w Moskwie to mecz FK Moskwa z Legią Warszawa. Na pamiątkę wyprawy przywiozłem dwie butelki wódki.

Wyjazd do stolicy Rosji od bardzo dawna był jednym z moich celów. Może w szkole podstawowej i średniej niezbyt uważałem na lekcjach języka rosyjskiego, ale Moskwę bardzo chciałem zobaczyć na własne oczy. Gdy w sierpniu 2008 r. w europejskich pucharach Legia trafiła na FK Moskwa - wiedziałem, że muszę tam być. Bez względu na koszty. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co czeka mnie za naszą wschodnią granicą.

Latem 2008 r. Rosja pokazała swój niedźwiedzi pazur. Przekonała się o tym Gruzja, która stała się miejscem konfliktu zbrojnego. A jako, że polscy kibice nie darzą Rosjan zbyt dużym szacunkiem, 14 sierpnia 2008 r. z trybun stadionu przy Łazienkowskiej dało się słyszeć gromkie okrzyki wspierające Gruzję i obrażające Rosję. Świetny piłkarz radziecki, a wówczas trener Rosjan, Oleg Błochin grzmiał po meczu, że takie zachowanie jest nie do zaakceptowania. Całość podsumował zaś słowami...

W Moskwie będzie gorzej. Jak? Zobaczymy

O tym jak przywita Polaków Moskwa przekonałem się jeszcze przed meczem. Na stronie internetowej FK Moskwa trafiłem na film zapraszający na mecz. Produkcja utrzymana była w tonie antypolskim. Kilka godzin po tym jak opisałem film w serwisie Legionisci.com o sprawie huczało pół - i to nie tylko sportowej - Polski. W takiej atmosferze ruszałem w podróż do Moskwy.

Pierwotny plan zakładał, że do stolicy Rosji polecę samolotem razem z kibicami. Wylot tuż przed meczem - powrót zaraz po nim. Jedna z najbardziej komfortowych opcji dostania się na spotkanie. Z tym, że tym razem nie wypaliła. Zabrakło chętnych na lot. Trzeba było więc ruszać na własną rękę.

Cięcie kosztów - hasło doskonale znane niemal wszystkim podróżnikom. By zaoszczędzić nieco pieniędzy, do Moskwy wybrałem się przez Kaliningrad. Na północ ruszyłem z dworca PKS Warszawa Stadion autokarem przewoźnika КёнигАвто. Szybko przekonałem się, że bieżnik na oponach i komfort pasażerów nie są dla niego priorytetem. No ale przynajmniej jechał. Było środowe południe w sierpniu. Samotnie ruszałem na podbój Moskwy.

Łapówka za noc na lotnisku

Na lotnisko w Kaliningradzie dotarłem wieczorem. Samo lotnisko to nieco większy barak na środku pola. Miałem w nim spędzić noc, bo mój samolot do Moskwy odlatywał dopiero w czwartek rano. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że lotnisko jest zamykane na noc. W tym czasie nie może być na nim pasażerów. No to mam problem.

Mój problem okazał się szansą dla ochroniarza, który miał pilnować lotniska w nocy. Gdy pozostałem już jedną z niewielu osób w poczekalni, poinformował mnie, że mam wyjść. Dyskretnie dał zaś znak, że zawsze można jakoś się dogadać. Kilkadziesiąt minut później w zacisznym zakamarku lotniska banknot 10 euro zmienił właściciela, ja stałem się honorowym gościem Międzynarodowego Portu Lotniczego w Kaliningradzie, a z ust ochroniarza padło sakramentalne "Dobrej nocy Poliak".

Port lotniczy w Kaliningradzie - fot. Foma39 CC BY-SA 3.0
Port lotniczy w Kaliningradzie - fot. Foma39 CC BY-SA 3.0
Życzenie niestety się nie spełniło. Pochłaniając kolejne kawy z automatu, napoje energetyczne oraz wyczytując do białości jedyną gazetę jaką miałem ze sobą, przetrwałem noc bez snu. Bardziej niż o siebie martwiłem się o laptopa, aparat i obiektyw. Do Moskwy wybierałem się przecież w celach zawodowych. A bez wspomnianej elektroniki nie miałbym jak pracować. Szczerze nienawidząc fotel w lotniskowej poczekalni i złorzecząc jego twórcy, czekałem na poranny lot.

Właściwie to czekałem na południowy lot. Mój samolot złapał opóźnienie, bo musiał zostać naprawiony. Kilka godzin zapasu, które miałem przed pierwszym gwizdkiem, zaczęły zbyt szybko uciekać. W końcu szczęśliwie - pominę dziecko, które przez cały lot kopało w mój fotel - dotarłem na lotnisko Moskwa-Szeremietiewo. Ale to dopiero połowa sukcesu. Lotnisko położone jest daleko od centrum miasta. Na stacji metra znalazłem się po ponad godzinie jazdy zatłoczonym autobusem w gigantycznym korku. Do meczu było coraz bliżej.

Zagubiony w Moskwie

Teraz miało być już tylko z górki. Metrem do hotelu, szybki prysznic, jakiś obiad i ruszam na mecz. W misternej układance wypadł tylko jeden mały szczegół. Stacja metra, przy której znajdował mój hotel, była w remoncie. Pociąg metra majestatycznie przejechał przez stację i... pojechał dalej. Nie miałem pojęcia jak dostać się do hotelu komunikacją naziemną. Czas naglił, więc postanowiłem jechać prosto na stadion.

Na szczęście moja docelowa stacja metra tym razem była czynna. Szkoda, że po wyjściu z niej, nie miałem pojęcia, w którą stronę mam iść. Ale od czego są miejscowi.
- Przepraszam, którędy trafię na stadion FK Moskwa? - pytam jakiegoś młodego mężczyznę.
Oprócz wskazania trasy i wyjaśnienia po rosyjsku, mam okazję usłyszeć komplement, który pewnie zadziwiłby moją nauczycielkę rosyjskiego.
- Skąd jesteś? Dobrze mówisz po rosyjsku.
- Dziękuję, ale czy możemy przejść na angielski?

Chwilę później zmierzałem już w kierunku stadionu. Po drodze znów zabłądziłem. Wspinając się na wyżyny sprawności intelektualnej - nie spałem od ponad 30 godzin - postanowiłem, że pójdę za miejscowymi kibicami. Najwyraźniej brak snu dał mi się we znaki. Nie zaniepokoiło mnie, że kibicowski duet, pod który się podłączyłem, zmierza w dość ustronne miejsce. Moi niedoszli przewodnicy przed meczem poszli na kibicowskie piwo. Szybki zwrot na pięcie, bo jakoś nie miałem sił na zacieśnianie przyjaźni polsko-rosyjskiej.

Do meczu pozostawało kilkanaście minut, gdy znalazłem się pod stadionem. Przede mną były już tylko dwa problemy. Brak akredytacji - to problem numer jeden. Kordon OMON-u, którym otoczony był cały stadion - to problem numer dwa. Po kilkudziesięciu godzinach w drodze nie dopuszczałem jednak możliwości, że nie wejdę na mecz. Z hasłem "Żurnalist iz Polszy!" niezatrzymywany minąłem milicjantów i wszedłem na stadion. W biurze prasowym wywołałem niemałe zdziwienie, bo na stadion wszedłem z... walizką z ubraniami. Nie miałem zamiaru zostawiać bagażu także na czas meczu. Z walizką wszedłem więc... na murawę i zza bramki robiłem zdjęcia w czasie spotkania.

Biez bazara!

Na boisku Legia przegrała 0-2 i odpadła z dalszych gier. Rosjanie zaprezentowali oprawę, na której niedźwiedź rozrywa godło Polski. Był także transparent z bombami przesłanymi z pozdrowieniami do Polski. Po meczu do akcji ponownie wkroczył zaś trener FK Moskwa Oleg Błochin. Były gracz Dynama Kijów nie zgodził się, żeby jego wypowiedź była na bieżąco tłumaczona na język polski. Jako, że taka forma tłumaczenia jest czymś normalnym, wywołało to protest polskich dziennikarzy. Czyli tak na prawdę naszej niewielkiej grupki, bo poza mediami klubowymi w Moskwie było nas chyba tylko pięć osób.

Oleg Błochin w 2008 r. miał wiele pretensji do dziennikarzy z Polski - fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
Oleg Błochin w 2008 r. miał wiele pretensji do dziennikarzy z Polski - fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
Błochin ani myślał ustępować, więc przy oporze gości z Polski poinformował ich, że w nikt nie będzie mu mówił co ma robić. W gościach należy się zaś zachowywać jak goście. Nie pozwoli, żeby robić mu tu bazar. A jak się komuś nie podoba, to może wyjść. Tak też uczyniliśmy. Wtedy przekonałem się, że w Rosji dość specyficznie rozumiana jest solidarność zawodowa. Zachowanie Błochina spotkało się bowiem z oklaskami rosyjskich dziennikarzy. Dla mnie ważniejsze było jednak coś innego. Załatwiłem sobie nocleg, bo przygarnąć mnie do wynajętego mieszkania, zgodziła się czteroosobowa grupa znajomych dziennikarzy z Polski.  

Korzystając z transportu Legii i zahaczając o hotel piłkarzy, docieramy do wynajętego mieszkania. Przekonuję się, że Moskwa faktycznie nigdy nie śpi. Choć dochodzi północ, to moskiewskie ulice pełne są samochodów. Przez okno samochodu widzę Plac Czerwony. Wiele lat marzyłem, żeby być w tym miejscu. Nie sądziłem jednak, że zobaczę go tylko przejazdem.

Po blisko 40 godzinach bez snu i przy znikomym dostępie do wody, wreszcie mogę odpocząć i się umyć. Do dziś zastanawiam się dlaczego nikt ze znajomych, z którymi dzieliłem mieszkanie, nie zwrócił mi uwagi, że po prostu śmierdzę. Jeżeli smród czułem ja, to tym bardziej czuli go i oni.

W niewielkim moskiewskim mieszkaniu są tylko dwie wersalki i pięć osób do spania. Śpię na podłodze - wyrokuję. Inny plan ma jednak "Mogiel" z 90minut.pl.
- Za kilka godzin i tak musimy wstawać na samolot. Nie opłaca się więc spać. Posiedzę sobie, bo mamy tu net. Śpij na moim miejscu - orzeka.
Nie śmiem się mu przeciwstawiać. I choć to tylko wersalka i w dodatku ze współlokatorem - tu bez nazwisk i ksywek - jestem szczęśliwy.

Powrót na wariackich papierach

Po zdecydowanie za krótkiej nocy w mieszkaniu jestem sam. Reszta wesołej gromadki do Polski wraca przez Kopenhagę. Musieli więc zdążyć na poranny samolot. Ja znów samotnie kieruję się na Kaliningrad. Wychodząc wrzucam klucz od mieszkania do umówionej skrzynki na listy. Na lotnisko w Moskwie i do samego Kaliningradu docieram bez większych problemów. Ale jest jeszcze autokar КёнигАвто. Nie wiem czemu, ale czuję, że będzie z nim wesoło.

Kibice FK Moskwa - fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
Kibice FK Moskwa - fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
Szkoda, że sprawcą całego zamieszania jestem ja sam. Okazuje się, że w Kaliningradzie są dwa dworce autobusowe - krajowy i międzynarodowy. Jadąc do Moskwy tylko przypadkiem wysiadłem na właściwym dworcu. Teraz ponownie docieram na zły, czyli krajowy dworzec. O tym, że jest zły dowiaduję się, gdy na rozkładzie nie znajduję kursu do Warszawy. Szybka wizyta w punkcie informacji i dowiaduję się, że kursy zagraniczne odbywają się z dworca międzynarodowego. Niby logiczne, ale nie przyszło mi to do głowy wcześniej.

Z informacjami na kartce jakim autobusem mogę dostać się na właściwy dworzec i coraz mniejszym zapasem czasu wybiegam na ulicę. Doskonale wiem, że mam coraz mniejszą szansę na dotarcie na miejsce na czas. O północy kończy się rosyjska wiza w moim paszporcie. Kiepsko też u mnie z pieniędzmi na ewentualny nieplanowany nocleg. Mam dość wszystkiego i w tym momencie... zaczyna lać deszcz. Czuję się jak bohater kiepskiej i kiczowatej komedii.

Najwyraźniej jednak mój mózg nie chce spędzać kolejnej nocy w mało komfortowych warunkach i podsuwa mi rozwiązanie całego zmieszania. Schowane na czarną godzinę kilkadziesiąt euro trafia do taksówkarza. Tylko zmęczeniem ostatnich kilkudziesięciu godzin mogę wytłumaczyć fakt, że tak oczywiste rozwiązania przychodzą mi do głowy z takim trudem.

- Co widziałeś w Moskwie? - pyta mnie kilka godzin później celnik na granicy między Obwodem Kaliningradzkim a Polską.

Gdy dowiedział się, że tylko mecz, robi mi wykład o niewłaściwym zachowaniu kibiców wobec Rosji dwa tygodnie wcześniej. Usiłuję protestować, ale nie mam na to siły. Wracam do autobusu i kolejne godziny spędzam w zaduchu brudnych skarpet współpasażerów.

Nad ranem w sobotę docieram do Warszawy. Ponad 60 godzin w drodze. Z tego ok. 6 godzin snu. Byłem w Moskwie, ale w ogóle jej nie widziałem. Na pamiątkę wyprawy przywiozłem dwie litrowe butelki wódki Jelzin, która produkowana jest przez firmę z Francji.

Zdjęcie lotniska w Kaliningradzie: Pewne prawa zastrzeżone dla Foma39 


Print Friendly and PDF

Tomasz Janus

Sportowy fanatyk, który łączy pasję kibicowania i uprawiania nauki. Nieustannie poszukuje odpowiedzi na pytanie jak działa świat sportu, nauki, kibiców i biznesu. Więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment