Choinkowe drągi, sznurek od snopowiązałki i inni

Do wielkiego sportu nie są potrzebne wielkie stadiony - fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
To były trzy zwykłe drągi, które powstały po obcięciu gałęzi z nieco wyższych świątecznych choinek. Trzeba było je dobrze wygładzić, zbić gwoździami w odpowiednich miejscach, wkopać w ziemię i już bramka była gotowa. W zimowe ferie kilkanaście lat temu mieliśmy wreszcie własne boisko.

Choinkowa bramka miała jedną wadę. Była bardzo niestabilna i trafienie w słupek lub poprzeczkę mogło zakończyć jej żywot. Samo wkopanie w ziemię - mimo odwilży - też nie należało do łatwych zadań. Bo drąg choćby tym różni się od drzewa, że nie ma korzeni i nie chce dobrze trzymać się powierzchni. Trzeba było więc wykopać większy dół, choinkowy drąg przymocować do mniejszych wbitych w ziemię kawałków drewna, całość ścisnąć drutem, obłożyć kamieniami i zasypać ziemią.

Tak też robiliśmy. Efekt to poryte nogami boisko, kilka połamanych drzewek, ze dwie wybite szyby i masa wspaniałej zabawy. Frajda rosła, gdy spadł śnieg. Próbowaliście kiedyś zagrać w piłkę w kozakach? Warto.

Tak było zimą. Latem choinkowe drągi nadal służyły za piłkarską bramkę. Z czasem udało się zorganizować lepsze kawałki drzewa i bramka miała niemal profesjonalną poprzeczkę i słupki. Piłka to jednak nie wszystko. Dwa choinkowe drągi po lekkiej modyfikacji mogły piłkarskie boisko zamienić w siatkarski parkiet. Poprzeczka miała wówczas wolne. Jej miejsce zajmowała siatka zrobiona własnoręcznie ze... sznurka od snopowiązałki (nie wiesz co to? - kliknij tu). Siatka była bardzo profesjonalna - miała nawet oczka. Ba! Staraliśmy się bardzo, żeby to nie był zwykły sznurek, tylko prawdziwa siatka.

Żadne drągi nie były potrzebne, gdy zaczynała się gra w paletki (tak - właśnie w paletki a nie badmintona czy [o zgrozo!] kometkę). Tu przydawał się za to niewielki kamień. Taki, który można było wcisnąć do główki lotki. To była wersja zastępcza. Ideałem była bowiem plastelina. Dobrze obciążona lotka latała zdecydowanie lepiej i co najważniejsze - dalej. Dlaczego lotki robione są takie lekkie? To jedna z nierozwiązanych zagadek dzieciństwa.

Były też gry sezonowe. W 1992 r. wakacje urozmaicały igrzyska olimpijskie w Barcelonie. Dobrze zaprezentowali się na nich polscy zapaśnicy. Jednym z nich był Józef Tracz (czy ktoś pamięta jeszcze okrzyk sprzed ponad dwóch dekad "Józek wózek!"). Trzeba było więc spróbować i zapasów. Oczywiście na trawie. Tej samej, która w zależności od potrzeby była piłkarskim boiskiem lub siatkarskim parkietem. A przy okazji była także miejscem zdobywania kolejnych siniaków do kolekcji.

Kiedyś z desek zbudowaliśmy także niewielką skocznię dla rowerów. Oczywiście nie miała nic wspólnego ze skocznią narciarską. Miała imitować nieco większy krawężnik i zapewnić oderwanie roweru od ziemi. Trzeba było jednak uważać przy lądowaniu. Kierownica pasjami lubiła wbijać się w brzuch i klatkę piersiową. Potrafiło to boleć. Mniej niebezpieczne, a dające wiele frajdy, były zawody w zrobienie jak najdłuższego hamulca rowerem. Rozpędzamy się z górki, nagłe zablokowanie pedału nogą (o przerzutkach nie ma jeszcze mowy) i już poślizgiem na piachu idzie się na rekord. Piach był jednak wrogiem rowerów. Kręcenie kołem w miejscu w piaskownicy, dawało genialne piaskowe fontanny. Było jednak zabójcze dla ruchomych części jednośladów. 

Kto by się jednak martwił wszelkimi minusami. Najważniejsza była świetna zabawa. A tej nie brakowało.



Print Friendly and PDF

Tomasz Janus

Sportowy fanatyk, który łączy pasję kibicowania i uprawiania nauki. Nieustannie poszukuje odpowiedzi na pytanie jak działa świat sportu, nauki, kibiców i biznesu. Więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment