fot. Tomasz Janus/sportnaukowo.pl
W psychologii istnieje termin amnezji dziecięcej. Na wiele sposobów próbuje się w nim wyjaśnić, dlaczego większość ludzi niemal nie ma wspomnień sprzed swoich piątych urodzin. Moje pierwsze wspomnienie z piłką nożną pojawia się, gdy miałem 5 lat i niespełna miesiąc.

Drewniane ławki na nieistniejącym już stadionie Legii Warszawa. Po schodach wędruje pan w białym fartuchu z kanciatą skrzynką przed sobą. Lodziarz. Na murawie reprezentacja Polski i jakaś inna drużyna. Polacy wygrali 3-0. Zanim zaczął się mecz, minutą ciszy uczczono tragiczną śmierć Kazimierza Deyny.

Amnezja dziecięca skutkuje wybiórczym zapamiętywaniem faktów. Do niedawna o swojej pierwszej wizycie na trybunach piłkarskich pamiętałem niewiele. Śmierć Kazimierza Deyny pozwalała dość precyzyjnie umiejscowić ten dzień. Problem w tym, że tata, z którym miałem być na tym meczu, w ogóle go nie pamięta. A co jeśli moje wspomnienie to tylko stworzona przeze mnie fikcja?

Przez wiele lat nie chciałem sprawdzić, czy na początku września 1989 r. - Deyna zginał 1 września tego roku - reprezentacja Polski grała mecz na stadionie przy Łazienkowskiej. Nie chciałem niszczyć dziecięcych wspomnień. Ciekawość jednak zwyciężyła. Okazało się, że w rywalizacji z amnezją dziecięcą to ja jestem górą.

5 września 1989 r. Polska grała na stadionie Legii z Grecją. Tu mały punkt zalicza amnezja dziecięca. W moich wspomnieniach biało-czerwoni grali z USA lub Norwegią. Dalej punktuję już tylko ja. Zgadza się wynik. Faktycznie było 3-0. Gole zdobyli Robert Warzycha, Dariusz Dziekanowski i Jacek Ziober. Jako, że był to pierwszy mecz reprezentacji po śmierci Kazimierza Deyny, więc i minuta ciszy jest bardzo prawdopodobna. A lodziarz? Sprawdziłem to już wcześniej. Faktycznie kilka dekad temu na "Żylecie" można było kupić lody.


Amnezja dziecięca zdecydowanie osłabia swoje oddziaływanie po skończeniu 5. roku życia. W naturalny sposób rośnie więc liczba wspomnień z tego okresu, które towarzyszą nam w dorosłym życiu. 

Niespełna rok po mojej kibicowskiej inicjacji, w finale mistrzostw świata 1990 r. w finale spotkali się Niemcy i Argentyńczycy. Jak niemal zawsze wygrali nasi zachodni sąsiedzi. Na wakacjach u babci przez kilka najbliższych dni spierałem się z bratem czy bramkarz Argentyny Sergio Goycochea mógł w 85. minucie obronić rzut karny, który wykonywał Andreas Brehme. Mecz zakończył się wygraną Niemców 1-0. Moim zdaniem Goycochea był centymetry od sukcesu. W ataku Argentyny biegał wówczas Diego Maradona. Tego jednak w ogóle nie pamiętam.


Mijają dwa lata. W finale igrzysk olimpijskich w Barcelonie Polska spotyka się z Hiszpanią. Znów są wakacje i jestem u babci. Na stole jest... tort. Olimpijski finał rozgrywany jest w dzień moich urodzin. Amnezja dziecięca nie ma już szans. Kończę osiem lat. Potężny stół u babci w kuchni wiruje w moich wspomnieniach, gdy w doliczonym czasie pierwszej połowy Wojciech Kowalczyk zdobywa gola na 1-0. Wszystko dlatego, że z radości skacze moja mama. Nigdy później nie widziałem jej tak angażującej się w jakikolwiek mecz. 

Przyszła jednak 90. minuta i przeklęty Francisco Miguel Narváez Machón, czyli Kiko. Gol na 2-3 był dla mnie tragedią. Przez najbliższe ponad 20 lat podobnych kibicowskich zawodów miałem przeżyć jeszcze wiele. O wielu z nich nie pamiętam i to bez pomocy amnezji dziecięcej. Pierwszy - pozostaje w pamięci do dziś.


Kolejne lata to setki wspomnień związanych z kolejnymi meczami. Wiele z nich uogólniłem w pamięci i nie dam rady odtworzyć ich szczegółów. Trzy pierwsze piłkarskie wspomnienia zostaną ze mną na zawsze.



Print Friendly and PDF

Tomasz Janus

Sportowy fanatyk, który łączy pasję kibicowania i uprawiania nauki. Nieustannie poszukuje odpowiedzi na pytanie jak działa świat sportu, nauki, kibiców i biznesu. Więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment