Derby Warszawy w XX-leciu międzywojennym. Nie szukajcie tu dżentelmenów

Artykuł o derbach Warszawy w "Przeglądzie Sportowym" z 1930 r.
Derby to rywalizacja dwóch drużyn z jednego miasta, gdzie walka toczy się nie tylko o ligowe punkty, ale o prestiż w danym mieście. Zwycięski zespół i jego kibice aż do następnego meczu derbowego mogą uważać się za panów miasta. Z tego względu derby mają wyjątkową atmosferę. Tak jest nie tylko w czasach nam współczesnych. W XX-leciu międzywojennym pojedynki klubów z jednego miasta też wywoływały wielkie emocje. Niech za przykład posłużą nam derby Warszawy sprzed niemal wieku.

Mecze derbowe wywoływały duże zainteresowanie także u naszych dziadków. Gdy w 1927 r. zainaugurowano rozgrywki ligowe, spotkała się z nich Legia z Polonią. Trzeba przyznać, że silniejszą drużyną dysponowały wówczas "Czarne Koszule". Legioniści szybko czynili jednak postępy i zaczęli zagrażać dominacji polonistów. 
"Poziom piłkarstwa warszawskiego podniósł się ostatnio o tyle, że w roku obecnym nie ma już mowy o bezapelacyjnym stanowisku Polonii z przed lat dwu czy trzech. (...) Słowem nad Polonią wisi miecz odwetu dotychczasowych outsiderów z Warszawianki i Legii, które grają z zaciętemi zębami od lat nad wydarciem z rąk rywalki tytułu ulubieńca i jednak najlepszej drużyny stolicy." 
O tym, że Legia dość szybko zastąpiła Polonię na miejscu najlepszej drużyny w Warszawie niech świadczy fakt, że od 1927 do 1935 r. legioniści zawsze zajmowali najwyższe miejsce w tabeli spośród warszawskich drużyn. Dopiero gdy w 1936 r. opuścili grono pierwszoligowców, wyprzedziła ich Warszawianka. Jednak liga to liga, a derby rządzą się własnymi prawami.

Bo to są derby

Od samego początku derby Warszawy traktowano bardzo prestiżowo. Tak było już w 1928 r. 
"Spotkania Polonii z wojskowymi posiadają w stolicy od lat dwu ustaloną opinię. Ich strona emocjonalna nie kończy się na boisku. Poza walką techniki, ustawiania się, wytrzymałości i siły fizycznej, na meczach Polonia – Legia rozgrywa się co roku akt zmagań o hegemonię piłkarską w stolicy, o miano moralnego mistrza i prawo do sympatyj publiczności."

Lata mijały, a emocje związane z derbami stale rosły. 
"Przeogromna ważność stawki – wiosenne mistrzostwo Ligii, stojące po ewentualnym zwycięstwie przed wojskowymi, oraz rozwiązanie zagadki – czy Legię uda się komu pokonać w pierwszej kolejce – oto magnesy, które potrafiły podczas kanikuły letniej ściągnąć na boisko Polonii tłumy większe, niż nawet mecze z Ferencvaros i z Austrią." 
Tak gazety relacjonowały derbowy pojedynek latem 1930 r. Jesienią tego roku, gdy mecz rozgrywał się w ulewnym deszczu, donosiły, że 
"spotkanie decydujące o mistrzostwie moralnym Warszawy było magnesem tak potężnym, że nawet bez trybuny krytej tłum zapełniłby widownie równie gęsto, jak to się działo na miejscach stojących". 
Trudno się temu dziwić, bo Legia potrafiła wówczas ze stanu 0-2 i 1-3 wyciągnąć wynik meczu na 8-4!

Gra na ostro

W meczach Legii z Polonią nigdy nie brakowało też ostrych starć. Do kopania przeciwników uciekali się zawodnicy obu stron, nad czym wielokrotnie ubolewała ówczesna prasa. W 1928 r. reporter donosił, że 
"zaczyna się walka na ostro w czem celuje Hyla (piłkarz Polonii – przyp. TJ). Dokonane przez niego z premedytacją kopnięcie Przeździeckiego, jest czynem, za który jeśli nie sędzia, to kapitan własnej drużyny, winien gracza momentalnie usunąć z boiska."

Legioniści nie pozostawali dłużni rywalom zza miedzy, co skrzętnie odnotowała prasa w 1930 r. 
"Przeździecki I i Seichter wykorzystują każdą chwilę, gdy piłka znajduje się nie przy nich, aby gonić się po boisku i kopać – wstyd! Przeździecki II poluje na Szczepaniaka z całym arsenałem swej, zdaje się, niemałej wiedzy foulowania."

Nie lepiej było rok później, gdy 
"dozwolone granice rozszerzono sobie w niedozwolony sposób. Złośliwe 'haki' i ukryte faule są przykre. Ale przynajmniej tego nikt nie widzi. Tym razem polowano na siebie całkiem jawnie i niekiedy bezwzględnie. Przyznać trzeba, że na ogół pierwszeństwo oddać trzeba Legii. To jest minus, którego pominąć nie wolno."

Rywalizacja na trybunach

Ale derby to nie tylko rywalizacja piłkarzy. To także, a często przede wszystkim, zmagania kibiców o prestiż i panowanie w mieście. Przedwojenne derby Warszawy musiały więc wywoływać wielkie emocje wśród widzów. Na trybunach mecz odbierano niczym walkę, 
"która w rozgorzałych wyobraźniach zapaleńców obu klubów przybiera kształt i znaczenie zmagań na śmierć i życie, w których stawką jest nie tylko sława, ale nawet istnienie klubów."

W 1928 r. reporter jeszcze złośliwie zauważał, że 
"w lożach, na trybunach i galerii żołądkuje się kilku podchmielonych panów, ze dwudziestu młodzików i parę rozhisteryzowanych panienek – a większość widzów w zależności od przebiegu gry bawi się gorzej lub lepiej."
Jednak już dwa lata później 
"spontaniczne brawa, nerwowe ożywienie widowni, komentarze tyczące się każdego gracza, krótkie podniecone gesty – wszystko to znamionowało, że walko rozegra się nie tylko na boisku." 
Dowiadujemy się też, że podczas meczu rozgrywanego na boisku Polonii, "gospodarze mają za sobą 80 procent publiczności". Jak łatwo wyliczyć pozostałe 20 procent to najwyraźniej przedwojenni wyjazdowcy Legii. Nie może więc dziwić, że po golu strzelonym przez legionistów "po prawej stronie trybun, gdzie siedzi zwarta grupa sympatyków wojskowych – huragan braw".

Jeszcze ciekawiej było w 1930 r., gdy
"publiczność podniecona do maximum stawką meczu, wydobyła z drużyn swym burzliwym nastrojem i bezustannemi okrzykami wszystko na co je było stać". 
Po objęciu prowadzenia przez Polonię
"z ośmiu tysięcy gardeł wydziera się potężny, niemilknący długo ryk". 
Ówczesny żurnalista lekko przesadził jednak, przypisując wszystkim widzom sympatyzowanie z "Czarnymi Koszulami". Sam zresztą zauważa, że w tym samym meczu po golach Legii
"trybuny szaleją: zwolennicy wojskowych początkowo cisi zaczynają dawać znać o sobie coraz głośniej, zwłaszcza, że sympatycy Polonii wyraźnie milkną".

Fani, którzy przychodzili wówczas na trybuny, nie należeli jednak do aniołków. Jak zauważył w 1931 r. i barwnie opisał reporter, mieli też dużo pretensji do pracy arbitrów. 
"Parę wierszy jeszcze tylko o człowieku, który gwizdał. Na tym meczu pan Nawrocki robił to nieźle i miał widocznie niezgorszy instrument, z którego wydobywał wcale piękne tony. Nie chciała tego uznać jednak publiczność i gwizdała równie często, donośniej tylko i bardziej nowocześnie w synkopach."

Zresztą ówczesna prasa nie oszczędzała piłkarzy i często dawała temu wyraz w barwny sposób. Po remisowym i zdaniem dziennikarza wyjątkowo nudnym meczu w 1935 r., w gazecie ukazała się ironiczna relacja. 
"Sportowcy polscy, zarówno zawodnicy jak i organizatorzy chorują na nadmiar ambicji. Chwalić ich można – ile wlezie – jest, czy nie ma za co; ale, nie daj Boże – napisać słowo krytyki. Od razu prasa jest zgangrenowana, niefachowa, zniechęca do pracy, rzuca kłody pod nogi..." 
W ten sposób rozpoczyna się prześmiewcza relacja, z której dowiadujemy się o rozpalonej do białości publiczności, bramkarzach nadludziach i piłkarzach półbogach o strzałach, które zapierały dech w piersiach.

To właśnie w detalach i smaczkach tkwi magia pojedynków derbowych. W rywalizacji, której tradycja budowana jest przez wiele lat i której odsłony pamięta się po wielu latach. Tak jak obecni kibice Legii pamiętają derby zakończone wygranymi 7-2 przy Łazienkowskiej czy 5-0 przy Konwiktorskiej, tak ówcześni fani pasjonowali się meczami, w których legioniści wygrywali 8-4 czy 8-1. Ciekawe tylko jak zareagowali, gdy w 1934 roku "wojskowi" przystąpili do meczu derbowego w... jaskrawych żółtych koszulkach.

Opis derbowego pojedynku Legii z Warszawianką (Przegląd Sportowy 1934 r.)


Równie ciekawie było na derbowych pojedynkach Legii z Warszawianką. Przede wszystkim to właśnie z Warszawianką legioniści rozegrali swój pierwszy ligowy mecz w historii. Spotkanie to odbyło się 3 kwietnia 1927 r. Debiut zakończył się porażką Legii 1-4, ale "wojskowi" i tak byli chwaleni po meczu.
"Mimo wielu, nawet bardzo wielu słabych stron obu drużyn, z boiska Agrykoli powiał łechcący podniebienie smakoszów zefirek, który niósł w pełni wszystkie ponęty wielkiego sezonu sportowego: walkę, hazard i ową wielką niewiadomą zawartą w rezultacie w skromnych cyferkach wyniku."


Bo to lenie byli...

W spotkaniach Legii z Warszawianką zazwyczaj to legioniści byli murowanymi faworytami do wygranej. Jednak wiele razy schodzili z boiska pokonani przez własne lenistwo i lekceważenie rywala.
"U wojskowych pełnych inicjatywy i dużo lepszych od Warszawianki w pierwszej połowie gry brak było choćby jednego przebojowca w napadzie"
 - informowały gazety w 1927 r. Dwa lata później Legia przy prowadzeniu 1-0 niemal stanęła na boisku.
"Legia uważa widocznie, że mecz wygrała a Warszawianka czeka aż bramka wyrównująca spadnie z nieba."
 Koniec końców skończyło się remisem 1-1. W kolejnym meczu derbowym "wojskowi" szybko obejmują prowadzenie 3-0, ale wtedy
"okazuje się jednak, że znane nałogi i narowy napadu Legii biorą górę nad chęcią pracy zespołowej i... ta kończy się bezpowrotnie".

W latach 30. XX wieku humory legionistów nadal dawały znać o sobie.
"Legia do przerwy nie grała zupełnie, nie chcąc się zbytni męczyć, bo ciężkie powietrze paraliżowało każdą akcję. Wyglądało tak, jakby wojskowi wiedzieli, że w każdej chwili, gdy wezmą się do energiczniejszej roboty, bramki muszą paść"
 - informowała prasa. W kolejnym meczu reporter zaznaczał, że
"na miano piłkarzy zasłużyli jedynie Nawrot i Martyna. Jak na zespół składający się z jedenastu graczy, to stanowczo zbyt mało".
 Nie może więc dziwić, że nie jeden raz kibice narzekali iż w derbach "udane akcje zespołowe tkwiły (...) jak rodzynki w taniem cieście".


... ale mieli talent

Jednak gdy legioniści tylko chcieli, potrafili się wznieść na wyżyny swoich umiejętności.
"Strzały Łańki, fachowość Nawrota, ambicja Wypijewskiego, pracowitość Ciszewskiego i Szalera, odwaga Nowakowskiego, szybkość Ziemiana, czy spokój i pewny wykop Martyny – oto atuty, które Warszawiankę wprost miażdżyły"
 - relacjonował żurnalista mecz z października 1928 r., który zakończył się wygraną Legii 7-1.

Nie były to odosobnione przypadki dobrej gry legionistów. Rok później rywal został rozbity w kwadrans.
"Legia zaprodukowała od razu tak piękne akcje, atak jej szedł tak płynnie, a gracze wykazywali tak wiele ambicji i ruchliwości, że w wyniku tego prawdziwa ulewa strzałów runęła na bramkę Warszawianki." 
W 1932 r. legioniści po raz kolejny aż siedem razy umieszczali piłkę w siatce rywali.
"Wojskowi pokazali piękny futbol w całem tego słowa znaczeniu. Piłka słuchała się graczy jak rzadko, partnerzy ustawiali się nawzajem nienagannie, skrzydła pracowały jak należy, raz poraz (sic!) porywając za sobą całą linię napadu pod bramkę przeciwników."


Bijatyki, wyzwiska i kopniaki

Derbowe spotkania z Warszawianką to jednak nie tylko finezyjna gra legionistów. Często podczas spotkań dochodziło do istnych wojenek na murawie. Pod koniec lat 20. prasa rozpaczała nad "ludożerczymi polowaniami", które miały odbywać się na murawie. Takie zachowania sąsiadowały z
"niegrzecznymi okrzykami i wiele mówiącymi odruchami Łańki w stosunku do sędziego, (...) gorszącymi bijatykami Domańskiego z zacietrzewionym trenerem Legii Fischerem" 
czy dość ekscentrycznym wykonaniem rzutu karnego. Najpierw Łańko strzelił wprost w ręce bramkarza, a później poszedł dalej
"wywierając na nim swą złość, w furiackim ataku, który skończył się usunięciem egzekutora z boiska".
 Wszystkie z wymienionych wydarzeń miały miejsce podczas jednego meczu.

Ciekawie było też podczas innych spotkań. W 1932 r. reporter donosił, że sędzia
"mimo czujnej reakcji na foule nie potrafi (...) zapobiec paru drobniejszym kontuzjom i znokautowaniu Makowskiego przez Latusińskiego. Zwierz paraduje w spodenkach porwanych na strzępy, w każdej chwili oczekiwać można jakiegoś nieszczęścia".
Podczas meczu w październiku 1935 r. znów gra toczyła się na całego.
"Szczególnie krytyczny moment nastąpił w 22-ej min. po przerwie. Foul Knioty na Przeździeckim tak rozsierdził Przeździeckiego II-ego, że przyskoczył do Sroczyńskiego i rzucił go na ziemię. Zanosiło się na ogólną bójkę."
Właśnie tak wyglądała rywalizacja w derbowych pojedynkach w Warszawie w czasach XX-lecia międzywojennego. Widać, że emocji nie brakowało.



W artykule wykorzystano cytaty z archiwalnych numerów "Przeglądu Sportowego". 
Artykuł ukazał się w serwisie Legionisci.com (cz. 1, cz. 2)



Print Friendly and PDF

Tomasz Janus

Sportowy fanatyk, który łączy pasję kibicowania i uprawiania nauki. Nieustannie poszukuje odpowiedzi na pytanie jak działa świat sportu, nauki, kibiców i biznesu. Więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment