Lucjan Brychczy - fot. Tomasz Janus / sportnaukowo.pl
Kazimierz Deyna, Lucjan Brychczy, Dariusz Dziekanowski, Wojciech Kowalczyk, Roman Kosecki, Jacek Zieliński, Artur Boruc - nazwiska piłkarzy, którzy na kartach historii warszawskiej Legii zapisali się jako postacie nieprzeciętne, można mnożyć bardzo długo. Każde pokolenie kibiców miało swojego idola. Jak więc zapracować na to miano przy Łazienkowskiej?

Przyglądając się legijnym idolom, łatwo dostrzec element, który łączył większość z nich. By jakiś piłkarz mógł zostać ulubieńcem trybun, musiał przede wszystkim posiadać talent. Bez niego, a co za tym idzie bez dobrej gry w piłkę, mógł co najwyżej zostać uznany za sympatycznego człowieka i nic więcej. Może i wielu kibiców z chęcią poklepałoby go po plecach, rzucając słowa „fajny gość z ciebie” pod nosem, ale to wszystko.

Dla kolejnych pokoleń legionistów jasne było, że idol to ktoś, kto przede wszystkim musi być piłkarzem wysokiej klasy. Dopiero wtedy zwracano uwagę na inne cechy uwielbianego gracza. I tu okazuje się, że na przychylność warszawskiej publiczności nie było i nadal nie jest łatwo zapracować. Ale do serc fanów Legii jest bardzo wiele dróg. Uważne przyjrzenie się im pokazuje też jakie wartości są ważne dla kibiców „wojskowych”.

Znienawidzony idol

W 94-letniej historii klubu z Łazienkowskiej nie było piłkarza, który byłby uwielbiany bardziej niż Kazimierz Deyna. Gracz, który przez wielu uznawany jest za najwybitniejszego zawodnika w historii nie tylko „wojskowych”, ale całej polskiej piłki, zapracował na iście pomnikową sławę. Dlaczego jednak kibice aż tak bardzo pokochali piłkarza urodzonego w Starogardzie Gdańskim?

Przede wszystkim „Kaka” spełniał podstawowy warunek do zostania idolem, czyli był zawodnikiem o nieprzeciętnym talencie. Choć osoby, które miały okazję oglądać jego grę na własne oczy były przekonane, że są świadkami piłkarskiego spektaklu, to nie tylko czysto sportowa postawa decydowała o tym, że Deyna był w Warszawie uwielbiany. Kolosalne znaczenie miał równieżfakt, że z taką samą siłą z jaką stolica kochała swojego idola, nienawidziła go duża część Polski.


„Kaka” stał się symbolem i wizytówką Legii. Parafrazując przysłowie z epoki minionej „Mówisz Legia - myślisz Deyna. Mówisz Deyna - myślisz Legia”. Ponieważ w czasach, kiedy legenda warszawskiego klubu biegała po boiskach, Legię odsądzano od czci i wiary za podbieranie piłkarzy z innych klubów w kamasze, negatywne emocje przenoszono także na Deynę. W końcu on też trafił na Łazienkowską jako poborowy w celu odbycia zaszczytnejsłużby dla kraju.

Nienawidzono Legię, nienawidzono i Deynę. Szczytowym tego przejawem były wydarzenia z 29 października 1977 r. „Kaka” strzelił wówczas gola reprezentacji Portugalii bezpośrednio z rzutu rożnego. Polska wygrała i zapewniła sobie awans do Mistrzostw Świata, które w 1978 r. rozegrano w Argentynie. Ale bramka strzelona przez legionistę nie ucieszyła widzów na stadionie Śląskim. Reprezentanta Polski wygwizdali jego rodacy. Nie był to odosobniony
przypadek, bo Deyna często spotykał się z przejawami nienawiści poza Warszawą.
Właśnie nienawiść fanów innych drużyn do „Kaki” sprawiała, że w stolicy ceniono go z każdym meczem coraz bardziej. Kibice widzieli w Deynie jednego z nich. Tak jak oni mieli problemy poza Warszawą, bo byli za Legią, tak problemy miał i on. W oczywisty sposób sympatia do legionisty rosła. Nic dziwnego, że na trybunach pojawiła się pieśń „Deyna Kazimierz! Nie rusz Kazika, bo zginiesz!”. „Kaka” okazał się idolem ponadczasowym i za legendę Legii uznaje go już kolejne pokolenie kibiców „wojskowych”.


 

Przywiązanie do barw

Ponadczasowym idolem okazał się także Lucjan Brychczy. Właściwie pan Lucjan Brychczy, bo związany od ponad pół wieku z Legią jako piłkarz i trener zapracował przy Łazienkowskiej na tak wielki szacunek, że nie mówić do niego per „pan” po prostu nie wypada. Znany jako „Kici” na miano idola zapracował przede wszystkim wieloletnim przywiązaniem do drużyny „wojskowych”. Oczywiście uznanie kibiców nie przyszłoby, gdyby nie gra na wysokim poziomie przez blisko 20 (!) lat.

Wielokrotny trener Legii to także jej żywa legenda. Miał swój udział we wszystkich mistrzostwach Polski, które w swojej historii zdobywali legioniści. Dla  kibiców jest rzeczą oczywistą, że Brychczy przy Łazienkowskiej jest od zawsze. Bo tak naprawdę niewielu jest fanów, którzy pamiętają czasy Legii bez „Kiciego”. Od kiedy w 1972 r. filigranowy napastnik zakończył karierę piłkarską, kilka razy był pierwszym trenerem „wojskowych”. Z drugiego planu wędrował na ławkę rezerwowych, gdy tylko jego klub potrzebował wsparcia. Lata mijały i przy kolejnych zmianach personalnych przy Łazienkowskiej nikt nawet nie myślał o rozstaniu się z Brychczym. Trudno sobie nawet wyobrazić jak wielkie oburzenie wywołałaby próba zwolnienia „Kiciego”. Jego przywiązanie do barw kibice cenią najbardziej.



Podobnie było z Jackiem Zielińskim. „Zielek” również przez wiele lat był związany z Legią. Choć często pojawiały się informacje, które kluby z zachodu Europy widziałyby kapitana „wojskowych”, to ten trwał przy Łazienkowskiej. Po zakończeniu kariery szybko został trenerem Legii. I nagle Leszek Miklas postanowił zakończyć przygodę Zielińskiego ze stołecznym klubem. Idol lat 90-ych nie dostał więc szans by stać się jeszcze większą legendą Legii.

Młody nie pęka!

Jednak lata dziewięćdziesiąte miały przy Łazienkowskiej jedną postać, która błyskawicznie i na trwałe zyskała sympatię kibiców. Mowa o Wojciechu Kowalczyku, który do dziś wzbudza wśród fanów głęboką nostalgię za historią sprzed 15-20 lat. Za Legią może nieco przaśną i na pewno mniej profesjonalną jako klub niż dziś, ale za Legią, która dominowała w Polsce, a i w Europie potrafiła walczyć z najlepszymi.

Ale o tym, że Kowalczyk z dnia na dzień stał się niemal bogiem dla fanów z „Żylety” zadecydował fakt, że sam „Kowal” otwarcie przyznawał, że jest kibicem Legii. Na dodatek „młokos z wąsem” był rodowitym Warszawiakiem, który nie bał się mieć własnego zdania i nie bał się mówić co myśli. Takie zachowanie to nie droga, a autostrada do kibicowskich serc. Oto na boisko wybiega nasz kumpel, znajomy, przyjaciel, który mieszka w bloku obok. Wczoraj grał z nami w piłkę na podwórku. Jechał na Łazienkowską tym samym autobusem co ja. On jest nasz. Swojak mówiąc wprost.

Z bródnowskiego podwórka „Kowal” wbiegł na europejskie boiska i na dzień dobry zaczął strzelać gole.
„Idę ulicą, chłopaki z osiedla patrzą się na mnie, trochę inaczej niż zwykle. Nie wiem, czy to nie za duże słowo, ale może są dumni. Już wcześniej na Bródnie byłem popularny. Ludzie cieszyli się, że gość z ich  bloku - a blok mam spory - gra w piłkę, w dodatku w Legii. I do tego kręci Włochami, jak kolegami z podwórka!” 
Tak swoje początki przy Łazienkowskiej opisywał sam Kowalczyk. A kibice patrzyli na niego i nie tylko byli dumni ze swojego krajana, ale również widzieli w nim cząstkę siebie. Jeżeli jemu się udało, to i oni mogą osiągnąć sukces. I najważniejsze - „Kowal” jako kibic Legię po prostu kochał, a nie traktował jej tylko jak miejsce zarabiania pieniędzy. Bo tego kibicowskie serca nigdy by mu nie wybaczyły.



W ostatnich latach przy Łazienkowskiej idola trudno znaleźć. Można wskazać na Aleksandara Vukovicia, który sam będąc kibicem cieszył się dużym szacunkiem fanów Legii. „Vuko” mógł więcej, bo często nie bał się powiedzieć co myśli. Na tle piłkarzy, którzy patrzą przede wszystkim na stan bankowego konta, wyróżniał się zdecydowanie na plus.

Ale na sympatię fanów można zapracować także w inny sposób. Doskonale wie o tym Piotr Włodarczyk. Przez długie lata był wyszydzany przy Łazienkowskiej, ale z czasem zyskiwał w oczach kibiców.
„Nieraz przytrafi się gorszy mecz i wtedy z tym uznaniem kibiców nie jest już tak dobrze. Jednak na Legii duża rzesza kibiców zawsze mnie wspiera. Jest też kilku, którym moja osoba niezbyt pasuje, ale na to nic nie poradzę” 
- wyjaśniał swój fenomen „Włodar”.

Dziś kibice malują na ścianach podobizny Włodarczyka i opatrują je napisem „Włodar king”. Bo to chyba jeden z ostatnich piłkarzach, o którym można powiedzieć, że choć trochę był idolem kibiców Legii. W obecnym składzie „wojskowych” takich jeszcze nie ma. Może w przyszłości idole znów powrócą na Łazienkowską.

Artykuł ukazał się w 5. numerze "Magazynu Legioniści".



Print Friendly and PDF

Tomasz Janus

Sportowy fanatyk, który łączy pasję kibicowania i uprawiania nauki. Nieustannie poszukuje odpowiedzi na pytanie jak działa świat sportu, nauki, kibiców i biznesu. Więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment